Dokładnie stało się to 20 września 1988 roku w Seulu. 21-letni wówczas, rodowity chełmianin, zawodnik Cementu Gryfa Chełm, Andrzej Głąb, zdobył srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w zapasach w kategorii do 48 kilogramów, stając się nie tylko jedną z większych sensacji turnieju, ale również sprawcą największego sukcesu w historii chełmskiego sportu. Choć mieliśmy później jeszcze czwórkę zawodników-olimpijczyków na podium nie udało się stanąć ani Dariuszowi Jabłońskiemu (trzykrotny olimpijczyk – mistrz świata), ani jego bratu Piotrowi Jabłońskiemu, ani Radosławowi Truszkowskiemu, ani Katarzynie Krawczyk.
W 35 rocznicę historycznego sukcesu, który ostatnio chyba został nieco zapomniany, poprosiliśmy Andrzeja Głąba, który nigdy „nie zdradził” Chełma, mieszka w naszym mieście i trenuje zapaśników Cementu Gryfa Chełm o rozmowę, trochę wspomnień i refleksji.
Jakub Jabłoński: Panie Andrzeju, minęło właśnie 35 lat od zdobycia przez Pana srebrnego medalu olimpijskiego. Czy pamiętał Pan o rocznicy i jakoś ją celebrował?
Andrzej Głąb: Żadnej fety nie było, choć mi owszem moment, kiedy stałem na olimpijskim podium a na mojej szyi wisiał srebrny medal stanął przed oczami. Tego dnia spełniły się moje marzenia. Cały trud, tyle wyrzeczeń i potu wylanego na zapaśniczej macie na treningach i walkach zaowocował.
JJ: Przed wyjazdem do Seulu nikt nie stawiał Pana w roli faworyta do medalu i chyba mało kto w niego wierzył…
AG: Rzeczywiście wówczas w kadrze innym zawodnikom dawano większe szanse na podium, ale ja cały czas powtarzałem wszystkim, chyba aż do znudzenia, że do Seulu jadę po medal. I ku zaskoczeniu wszystkich dotrzymałem słowa.
JJ: Jak w ogóle znalazł się Pan w kadrze polskich zapaśników na Igrzyska Olimpijskie w Seulu?
AG: Tu akurat nie było żadnej niespodzianki. Przed olimpiadą w swojej kategorii w kraju nie miałem sobie równych, wygrałem Mistrzostwa Polski, dobrze wypadłem na turniejach międzynarodowych, więc zostałem powołany do kadry.
JJ: Jak wyglądały przygotowania do olimpiady? Jak wypadał Pan na turniejach przed Igrzyskami?
AG: Przygotowania do tej imprezy wyglądały tak jak do innych ważniejszych imprez. Treningi szybkościowe, aby móc zbić wagę, a miałem jej trochę, bo aż 10 kilogramów. Startowałem w kategorii do 48 kg więc „zrzucić” 10 kilogramów nie było łatwo. Oczywiście były sparingi z innymi zawodnikami, aby być w „rytmie” walk i zgrupowania. Przed igrzyskami zdobyłem Puchar Europy oraz byłem wysoko na mistrzostwach Świata oraz Europy, choć poza strefą medalową.
JJ: Przejdźmy do samego turnieju olimpijskiego. Pamięta Pan swoje walki?
AG: Pamiętam każdą z nich. Ze szczegółami. Na „dzień dobry” trafiłem na murowanego faworyta do zdobycia złotego medalu, trzykrotnego mistrza świata zawodnika dawnego ZSRR, którego pokonałem w stosunku 10 do 5. To upewniło mnie, że ten turniej może być mój i jestem w stanie pokonać każdego. W kolejnych walkach wygrałem z Izraelczykiem i Węgrem. W walce o finał moim przeciwnikiem był Syryjczyk. Zaczęło się źle, po rzucił mnie przez ramię i przegrywałem 0-3, ale później to ja rzuciłem ramię, zrobiłem wózek oraz sprowadziłem go do parteru i wygrałem 6-3.
JJ: I wreszcie ten wielki finał z utytułowanym Włochem, mistrzem olimpijskim z Los Angeles z 1984 roku Vincezno Maenzą…
AG: Wiedziałem, że już mam medal i bardzo się z tego cieszyłem, jednak do tej walki wyszedłem bardzo skupiony, bo wierzyłem, że to ja zostanę mistrzem olimpijskim. Wspólnie z moim trenerem Stanisławem Krzesińskim ustaliliśmy plan na tę walkę.
JJ: Nie sprawdził się, czy może popełnij Pan jakiś błąd, bo walka skończyła się 0-3. Była szansa na zwycięstwo?
AG: Włoch sprowadził mnie do parteru i wykonał wózek na prawą stronę. Ale wcale nie był lepszy i wygrana była na wyciągnięcie ręki. Zmieniłbym to, że atakowałbym na lewą stronę. Próbowałem na prawą i mi to niestety nie wyszło. Najbardziej ubolewam nad jedną sytuacją… Pamiętam, że gdy Włoch był pasywny, miałem pozycję parterową. Chciałem wykonać swój koronny chwyt w parterze, którym było wyniesienie. Gdy zmierzałem do położenia rąk na łopatki przeciwnika, momentalnie Maenza wstał, po czym sędzia gwizdnął i walka wróciła do stójki. Był to może ułamek sekundy. Żałuje tego, bo może gdyby była wideoweryfikacja tak jak jest obecnie, to walka potoczyłaby się inaczej. Mimo wszystko cieszę się ze zdobycia olimpijskiego srebra.
JJ: Często ogląda Pan swój olimpijski medal?
AG. Nie bardzo mam okazję, bo od dłuższego czasu mój medal jest eksponatem w Muzeum Sportu w Lublinie.
JJ: Sukcesy w zapasach, jak w każdym sporcie, zależą nie tylko talentu, ale też od wielkich poświęceń i katorżniczej pracy. Patrząc na swoją karierę z perspektywy czasu warto było wybrać właśnie taką drogę?
AG: Absolutnie tak. Nigdy nie żałowałem, że postawiłem na zapasy. I wcale nie dlatego, że zdobyłem tytuł wicemistrza olimpijskiego i byłem trzykrotnie mistrzem Polski, bo gdybym nawet tego nie zdobył nie żałowałbym, że zacząłem trenować zapasy. Przede wszystkim one ukształtowały mnie jako człowieka i pozwoliły spełniać marzenia z dzieciństwa. Wiele podróżowałem, zwiedziłem wiele państw, a także spotkałem na swojej drodze wiele wspaniałych osób i sportowców. Cieszę się i nigdy nie zapomnę, że miałem okazję być przyjęty na audiencji przez papieża Jana Pawła II. Zachęcam młodych chłopaków do uprawiania zapasów. To może być naprawdę fascynująca przygoda i ciekawy zawód.
JJ: Po zakończeniu sportowej kariery nie zrezygnował Pan z zapasów
AG: Tak, jestem trenerem w MKS Cement Gryf Chełm, a także byłem trenerem kadry narodowej. Cieszę się, że pod moim okiem rozwinęli się m.in. bracia Jabłońscy – Dariusz oraz Piotr. Obaj byli na Igrzyskach Olimpijskich. Obaj również są Mistrzami Świata, Darek seniorów, a Piotrek kadetów.
JJ: Czy wśród obecnych Pana podopiecznych i w ogóle wśród zawodniczek i zawodników Cementu Gryfa są kandydaci na następców Andrzeja Głąba i medalistów olimpijskich?
AG: Takie nadzieje pokładam w Szymonie Szymonowiczu. Szymon, przyjechał do naszego klubu w wieku kadeta, wykonał ogromny progres i widzę w nim potencjał. On ma papiery i jeśli nadal będzie tak ciężko pracował to w jego zasięgu jest nie tylko kwalifikacja na Igrzyska, ale również olimpijski medal. Myślę, że ostatniego słowa nie powiedziała również Katarzyna Krawczyk.
JJ: Dziękuje za rozmowę i życzę dużo zdrowia!
AG: Dziękuje, również. Miło, że „Nowy Tydzień” pamiętał. Pozdrawiam wszystkich czytelników.


