Trwa wypłacanie dodatków węglowych. W Chełmie wypłacono ich już na kwotę 5 mln zł. Brzmi imponująco, ale niekoniecznie dla właściciela domu, który za 3 tys. zł dodatku nie kupi nawet jednej tony węgla. Za ten polski, deficytowy towar zapłacić trzeba nawet 3 800 zł. Mieszkańcy szukają tańszych zamienników, złorzecząc na drożyznę i zarzucając właścicielom składów opału chciwość. – Nie jesteśmy zdziercami! – tłumaczą się właściciele chełmskich składów opału.
Dotacja rządowa dla gminy Żmudź na dodatki węglowe dla mieszkańców wyniosła ponad 1,3 mln zł. W Kamieniu było to 1,7 mln zł. Po otrzymaniu „przelewów” kolejne samorządy sukcesywnie ruszały z wypłatami wyczekiwanych przez mieszkańców Chełma i okolic świadczeń. Żmudzcy urzędnicy zwrócili przy tym uwagę na „patologiczną sytuację”, w której zdesperowani drożyzną ludzie składali tyle wniosków o dodatki, ile osób mieszkało w danym domu, nawet po pięć, sześć dotyczących jednej nieruchomości. W Chełmie liczba złożonych wniosków 4 października br. wynosiła 3891, a wypłacona na ten dzień przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie kwota z tytułu dodatków węglowych to 4 911 000 zł.
Pytają, złorzeczą, nie kupują
Wraz z wypłatą dodatków jeszcze więcej osób zaczęło dzwonić do lokalnych składów opału, pytając o dostępność i ceny węgla. Ale ze względu na wszechobecną drożyznę wciąż tylko nieliczni decydują się na zakup węgla, oczekując, że może wkrótce będzie on tańszy. W składach węgla w Chełmie i okolicy mówią, że nigdy jeszcze nie „nasłuchali” się tylu pretensji od rozgoryczonych klientów, którym puszczają nerwy, gdy słyszą, że tona węgla kosztuje około 3,5 tys. zł i więcej (miesiąc temu był średnio o pół tysiąca tańszy). Dziwią się, że 3 tysiące zł dodatku nie wystarczy im na zakup nawet tony węgla. Właściciele i pracownicy składów twierdzą, że klienci często obwiniają ich za tę drożyznę, nazywając „naciągaczami”, „zdziercami”.
Przypominają, że to nie oni dyktują tak wysokie ceny węgla. Wskazują, że z tego powodu kupują go obecnie nieliczni – czasem tylko jedna, dwie osoby dziennie, przez co i ich interesy nie przynoszą większych zysków. Przedsiębiorcy mówią, że gdyby nie sprzedawali innych, tańszych rodzajów opału, na który teraz częściej decydują się klienci, ich działalność stawałaby się nieopłacalna. Polski, śląski węgiel stał się towarem deficytowym, bo trudno go teraz zdobyć. Ci właściciele składów, którzy go oferują, mówią przeważnie, że to ostatnie zapasy jeszcze z poprzednich dostaw. Twierdzą, że gdyby nawet teraz udało im się zdobyć węgiel, to w tak wysokiej cenie, iż kosztowałby u nich ponad 4 tys. zł i trudno byłoby znaleźć na niego nabywców.
– Tonę węgla śląskiego sprzedajemy obecnie po 3,6 tysiąca złotych – mówi Paweł Świątek, właściciel składu opału w Janowie. – Z dostępnością węgla jest bardzo ciężko. My kupujemy go w cenie rynkowej 2,5 tysiąca złotych netto. Do tego musimy go przetransportować, przesortować, oczyszczając z miału czy kamienia, a następnie przewieźć znowu swoim transportem. To przecież kosztuje, a od klientów często słyszymy, że państwo daje im 3 tysiące złotych dodatku, a my chcemy za tonę więcej, żeby jeszcze więcej na tym zarobić. Mnóstwo osób woli kupić brykiet torfowy, który jest dużo tańszy: po tysiąc pięćset czy dwa tysiące złotych. Ludzie szukają tańszych zamienników. Każdego dnia dzwoni mnóstwo osób dowiadywać się o węgiel, ale może dziesięć procent z nich go ostatecznie kupuje. Wielu wciąż czeka na to, że węgiel stanieje. Niektórzy dzwonią już od wiosny i wciąż nie zdecydowali się na zakup. Sytuacja ta zostanie zweryfikowana, gdy przyjdzie zima, a cena węgla dobije do czterech tysięcy złotych.
Jarosław Pawłowski ze składu opału przy ul. Piwnej w Chełmie informuje, że dysponują jeszcze „ostatkami” polskiego węgla, którego tona kosztuje u nich 3700 zł (najtańszy jest kazachstański – po 3500 zł, a syberyjski – po 3550 zł). Mówi jednak, że z jego dostępnością nigdy nie było tak fatalnie, a oferowane obecnie ceny są zaporowe. Powtarza to, co jego przedmówca, że – aby nie wyjść na minus -indywidualnemu klientowi należałoby go sprzedać nawet za ponad 4 tys. zł.
– Ludzie, jeśli w ogóle się decydują, to kupują najczęściej jedną tonę – mówi J. Pawłowski. – Wiele osób wyszło z założenia, oglądając telewizję, że węgiel kosztuje tysiąc czy dwa tysiące złotych i oburza się, gdy w składzie jest drożej. Z cenami, dostępnością polskiego węgla i sytuacją w branży jeszcze tak źle nie było.
W tym samym tonie wypowiada się Jarosław Buczek, właściciel składu opału przy ul. Podgórze w Chełmie. Oferuje tonę węgla ze Śląska w cenie 3,8 tys. zł. On także mówi, że tego towaru została mu resztka, jeszcze z poprzednich dostaw, gdy węgiel „leżakował”, a klienci czekali aż jego cena spadnie do tysiąca złotych za tonę, bo tak słyszeli w telewizji.
– Dzwonią pierwsze osoby, którym właśnie wypłacono dodatki – i tak jak pozostali – pytają o tani węgiel – mówi J. Buczek. – Ci, którzy zrozumieli, że taniej nie będzie, dokładają kilkaset złotych do tego dodatku i jednak kupują tonę węgla. Obecnie jest tak, że klienci kupują maksymalnie dwie tony węgla, podczas gdy w poprzednich latach nawet po cztery czy pięć ton na sezon. Dziennie sprzedajemy najwyżej po parę ton węgla, a kiedyś o tej porze roku po trzydzieści ton i więcej. Klienci pytają o tańsze alternatywy. Sprzedajemy dużo kostki torfowej.
Arkadiusz Szumiło, właściciel innego działającego od lat składu opału w Chełmie, mówi, że jeszcze w lipcu dysponował śląskim węglem, w sierpniu już nie, a we wrześniu oferuje tylko węgiel z Australii i Kolumbii.
– Uczciwie informujemy klientów, że węgla śląskiego nie ma i nie będzie, bo tylko na aukcjach jest on obecnie sprzedawany – mówi A. Szumiło. – Na węgiel, który oferujemy, mamy certyfikaty z Polskiej Grupy Energetycznej „Paliwa”. Ceny węgla oscylują w granicach trzech i pół tysiąca złotych, ale na razie klienci o niego przeważnie tylko pytają, licząc chyba, że srogiej zimy nie będzie. Telefonów mamy każdego dnia mnóstwo, a węgiel kupuje dziennie może jedna osoba. (mo)

