Dużo teatru, mniej satysfakcji

Udostępnij:
LinkedIn WhatsApp

Teatr musi mówić o tym, o czym pragniemy milczeć – tak można by wyrazić artystyczne credo minionych 24. Konfrontacji Teatralnych. Tym razem nie przyjęto idei przewodniej, co dało się odczuć w programie. Festiwal trwał od 5 do 15 października 2019 r. w kilku lubelskich instytucjach kultury. Z 14 spektakli wybraliśmy do obejrzenia te rekomendowane. Największe brawa zebrał Paweł Passini…


Mało spójny był repertuar tegorocznego festiwalu. Czy paradoksalnie gwarantowało to szerszy wybór z oferty teatralnej, zależny od preferencji widzów? Cóż, punkty programu Konfrontacji 2019 mogły zadowolić jedynie koneserów.

Otwierał je plenerowy spektakl „Cisza w Troi” (5 października) na placu Litewskim. Tutaj poznański Teatr Biuro Podróży postawił lubelskiego widza w roli uchodźcy. Obok pomnika Piłsudskiego mieliśmy zaparkowany autobus imigrantów. Ten obiekt-scena jest miejscem dramatycznych obrazów z ich życia. To autobus pełen trosk i cierpień ludzi wyrwanych ze swych środowisk, rzuconych w obce im kulturowo warunki, dając w zamian ułudę przetrwania ich rodzin, dzieci. Tacy są bohaterowi sztuki, którą napisał i reżyserował Paweł Szkotak. Trudno ocenić jej wartość i odbiór społeczny po natężeniu oklasków. Perypetie uchodźców śledziło doprawdy niewielu lublinian, mocno zmarzniętych w ów wieczór. A jeśli ktoś, przychodząc tam, kierował się tytułem sztuki, w jej formie ani treści nie znalazł spodziewanych odniesień do starożytnej Troi.

Po tym performatywnym otwarciu festiwalu należało oczekiwać prawdziwych wydarzeń – zwłaszcza w Centrum Spotkania Kultur. Wystawiono tam…

…„Pobliskie Miasto” i „Cynk”

Pierwszy spektakl przywiózł Łotewski Teatr Narodowy w Rydze, pokazując sztukę (tekst Marius Ivaškevičius) na temat skomplikowanych relacji międzyludzkich: mówiący o samotności w rodzinie, zdradzie, egoizmie, łatwej ucieczce od odpowiedzialności.

Ivo i Annika są w sobie zakochani – początkowo, bo rutyna życia rodzinnego, praca i 3 dzieci rozmywa ich związek. Ivo regularnie wymyka się z domu do pobliskiego miasta, by spędzać czas z przyjaciółmi i oddawać się hedonistycznym uciechom. Gdy Annika w końcu ma tego dość, również sukcesywnie tam wyjeżdża, by zobaczyć, co tak fascynuje Ivo. I sama wsiąka w klimat pobliskiego miasta, a ich wspólne życie traci sens… Bo z jednej strony mamy rozbujały surrealizm marzeń człowieka – tutaj ich mrok, z drugiej życiowe zobowiązania. Podkreśla to scenografia, w której dominuje abstrakcja i minimalizm czarno-białej przestrzeni.

Ten głośny w świecie spektakl jednak nie przyciągnął zbytnio uwagi publiczności Festiwalu. – Był rozwlekły i miejscami po prostu nudny – to opinia grupki widzów wychodzących z CSK po ok. 3 i pół godzinie wrażeń. – Łotewski teatr kipiał seksem, zbyt dużo tam skojarzeń wyuzdanych, wręcz dewiacyjnych. I właściwie nie odkrył nic nowego w mrokach duszy człowieka, czego 100 lat temu nie nazwałby doktor Freud – zauważyła obserwatorka spektaklu. Znajdujemy tu istotę porzekadła „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Jest też pytanie o motywy wyboru: czy prowadzić zwykłe życie rodzinne, czy czerpać z życia na zasadzie „carpe diem”. W żadnym z tych wyborów nie znajdują spełnienia bohaterowie pobliskiego miasta uciech.

– Artysta lub jego sztuka w XXI w. stanowi medium, które raz ostro, a raz wolno wiedzie nas za rękę do szczególnego miejsca w nas samych. Tak oto zaglądamy głęboko do naszych umysłów i serc – uważa Kiriłł Sieriebriennikow, rosyjski reżyser spektaklu.

Wybiegając o 10 dni, już na finał Konfrontacji (15 października) w tejże sali CSK, około 200 widzów ogląda „Cynk”: Teatr Młodzieżowy w Wilnie i Teatr Meno Fortas, reżyseria: Eimuntas Nekrošius, według powieści Swietłany Aleksijewicz (Białoruś) „Cynkowi chłopcy” i „Czarnobylska modlitwa”.

To sceniczne obrazy z „przed” i „po” Afganistanie. Najpierw rekrutuje się żołnierzy, później tysiące ich przywożą w cynkowych trumnach. Reżyser ukazuje spektakularną klęskę – głównie w sferze rodzinnej, intymnej – jaką poniosło tam ZSRR i społeczeństwa republik radzieckich. Mamy żywe opisy, stanów psychiki żołnierzy, którzy w latach 80. przegrali tam swoje życie. Czujemy cierpienie ich matek, żon. Musi im wystarczyć medal Za Odwagę, hurtem wręczany bohaterom… Bezkompromisowo oddaje to pantomima aktorów.

Niezwykle traumatyczna sztuka, jej ciężar gatunkowy skutkuje nierozumieniem wielu metafor. Spora część publiki nie wróciła po przerwie. Wówczas widza „dobijają” drobiazgowe relacje o skutkach, jakie niesie katastrofa jądrowa w Czarnobylu dla Białorusi, o daninie życia żołnierzy posłanych do likwidacji awarii. I znów te cynkowane trumny…

Oba spektakle łączy pewna cecha: są niezwykle trudne, są dla widzów cierpliwych. Oraz obserwacja: sala operowa jawi się zbyt duża przy niezbyt licznej publiczności. Jakże muszą czuć się artyści, którzy widzą publiczność na tle dominującej ilości pustych miejsc? Również scena CSK była zbyt obszerna wobec skali tych przedstawień – w obu sztukach bardzo oszczędna scenografia nie wymagała aż takiej przestrzeni.

Seans mija, satysfakcja niczyja

Tak można by „prześmiać” tytuł sztuki przywiezionej do lubelskiego Teatru Osterwy przez krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego. „Turnus mija, ja niczyja” to operetka sanatoryjna, która daje obraz pobytu w uzdrowisku, dokąd zawitał nowy turnus. Panuje tu szczególny reżim obowiązujący kuracjuszy, są zmyślne procedury oparte na aqua-terapii. W uzdrowisku tym jest kultywowana muzykoterapia. Rekonwalescencja odbywa się więc przy dźwiękach arii i brzęku kubków z wodą mineralną. Mamy tu zbiorowy seans picia wód zdrojowych, który kończy się nieomal orgią. Lecz, dość nagle, kuracjusze przechodzą metamorfozę w kierunku opieki geriatrycznej. I trwa festiwal drwin z senioralnego okresu życia.

2-godzinne przedstawienie potrafi mądrze bawić dość krótko: głównie szydząc z reguł i procedur kierowania na turnusy uzdrowiskowe. Zabawnie jest i wtedy, gdy obserwujemy „ścieżkę zdrowia” w postaci wyrafinowanych zabiegów będących udziałem uczestników.

Relacje między nimi w trakcie pobytu są przedstawione karykaturalnie. Niesmaczna jest groteskowa głupkowatość starców udających bohaterów arii operetkowych, np. „Usta milczą, ptaszek śpiewa” w jacuzzi. Taneczne harce na dansingu ukazują ich zmysłowość i frywolność. Obserwujemy pokraczny obraz obyczajowości tego rodzaju instytucji.

Teatr publicystyczny

Także dwa inne spektakle – każdy na swój sposób – potrafiły przygnieść widza swym ciężarem gatunkowym. Najpierw performatywny „Trans Trans Trance” Teatru Oskara Koršunova i Teatru Miejskiego w Wilnie. To sztuka o meandrach seksualności, uwolnieniu się od stereotypów oraz wolności bycia tym, kim się jest naprawdę. Kamilë Gudmonaitë (scenografia i reżyseria) wskazuje tu niezdolność do rozumienia i tolerowania ludzi, którzy nie identyfikują się ze swoją płcią, ciałem. Stawia wiele pytań: Czym jest kobiecość? Czy bycie kobietą oznacza konieczność dopasowania się do pewnej ogólnie przyjętej normy? Czy jesteśmy gotowi na transseksualizm?

Litewskie aktorki są bardzo autentyczne jako osoby transpłciowe. Nie występują na scenie, by tylko odegrać przypisane im role. Oznajmiają swe przekonania ludziom, którzy nie mają pojęcia, przez co muszą przejść osoby transpłciowe.

Ukazuje to performance: najpierw obżerają się cukrem aż „do użygu”, później kobiety przeobraża się – z pomocą farb – w jakiegoś potwora tańczącego w bikini do transowej muzyki. Któraś w swym monologu ukazuje absurd działań chirurga, zmieniającego mężczyzn w kobiety. Po chwili słyszymy ekshibicjonistyczny wyrzut o dokonanej aborcji, z detalami – jakby dowód antykobiecości. Jest to spektakl prowokacji i buntu przeciw społecznej aurze negującej transseksualizm, przeciw wyzwiskom, odtrącaniu i poniżaniu. To wszystko jest w głowach osób transpłciowych – dowodzą aktorki, bo nikt z nas nie ma wpływu na ciało w chwili urodzenia.

Z kolei „Wszystko płynie” to traumatyczny spektakl-relacja opowiedziana ustami dwojga aktorów Teatru Soho z Warszawy (reż. Janusz Opryński) na kameralnej scenie Teatru Starego. Anna i Jan spotykają się na wykwintnej kolacji, która nie może być udanym wieczorem z powodu ich wspomnień. Ona jest świadkiem wielkiego głodu na Ukrainie, on wieloletnim więźniem łagrów. Czy już w warunkach wolności po tych przejściach potrafią zaznać szczęścia? Można by myśleć, że teraz żyć nie umierać skoro jakoś przetrwali ów koszmar. A jednak…

Ten związek – odzwierciedlony na scenie śmiałym, intymnym połączeniem po owej kolacji, nie ma szans na normalność wskutek traumy, jaka ich dotknęła. Dominuje doświadczenie głodu oraz piętno sowieckich tortur, sfera odczłowieczenia naznaczona przeżyciami i brzmieniem najcięższych słów, aura upodlenia ofiar i bestialstwa oprawców.

Teatr prześmiewczy

Rosyjski reżyser Ilja Moszczycki przedstawił swój autorski projekt „Proces Johna Demianiuka. Holocaust Cabaret” – sztukę, która okrążyła świat (tekst Jonathan Garfinkel). Oparto ją na procesie Iwana Demianiuka, obywatela USA pochodzenia ukraińskiego. Jako sowiecki żołnierz, pojmany przez Niemców, przebywał w różnych obozach, jednak uciekł i po wojnie emigrował do Ameryki jako „ofiara faszystowskiego reżimu”. Tam oskarżono Johna Demianiuka o współpracę z nazistami – był ponoć najokrutniejszym strażnikiem obozu śmierci w Treblince. W roku 1988 Izraelski Sąd Najwyższy skazał go na śmierć, jednak dokumenty KGB obaliły ten wyrok – został uniewinniony. Dalsze dochodzenie ujawniło, że będąc w niewoli domniemany kat przeszedł szkolenie SS i był szefem obozów w Sobiborze, Majdanku i niemieckim Flossenbürgu.

W 2011 r. decyzją sądu w Monachium 89-letni oprawca został uznany winnym pomocy w zabójstwie 28 tys. więźniów w Sobiborze. Skazany na 5 lat więzienia, z uwagi na podeszły wiek, został zwolniony z „odsiadki” i zmarł mając 91 lat. Sprawa ta była jednym z najbardziej znanych procesów zbrodniarzy wojennych.

Ukazujący to wszystko spektakl odsłania komiczną naturę trwającego blisko 40 lat procesu, w którym bohater zyskuje rolę gwiazdy. Przedstawienie w duchu teatru Bertolta Brechta to czysty sarkazm do granic absurdu: 5 wszechstronnych aktorów plus 5-osobowy zespół muzyczny z lekkością, śpiewem i tańcem odgrywa ten teatro-kabaret. Pytanie, czy ponura treść dramatu zasługuje na tak osobliwą formę…

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy przywiózł nam „Wyzwolenia”. Sztukę tak obmyślono, by wprost kojarzyła się z „Wyzwoleniem” Wyspiańskiego. Jego klasyczny dramat stanowił ciąg dalszy – już po „Weselu” – powszechnej debaty nad polską tradycją romantyczną, pokazywany zawsze w chwilach wielkich dziejowych przemian. Dawał świeże spojrzenie na narodową kondycję Polaków w kategoriach politycznych, intelektualnych, światopoglądowych. Podobnie jest w przypadku tej sztuki (Magdaleny Drab – tekst i Piotra Cieplaka – reżyseria).

– Wizja Wyspiańskiego pozostaje boleśnie aktualna. Nakreślony wówczas wizerunek Polaka zamkniętego w klatce własnych uprzedzeń i fantazmatów znów rezonuje z naszą codziennością, nawet jeśli od premiery dramatu Wyspiańskiego minęło przeszło 100 lat – twierdzą twórcy.

Język „Wyzwolenia” – patetyczny, przeładowany metaforą – jest dla współczesnych odbiorców zbyt trudny, obrazy mało czytelne. Zamiast emocji buduje to dystans między sceną a widownią. Z tych przyczyn dla nowych realiów autorzy „Wyzwoleń” przygotowali scenariusz z liftingiem Wyspiańskiego. Zawiera liczne fragmenty pierwotnego dzieła, lecz ostatecznie tworzy nowatorską całość, w wodewilowym stylu.

Scenerią „Wyzwoleń” jest mieszkanko M-2, w którym obserwujemy ferment symbolizujący postawy i przekonania Polaków z ostatnich lat. Trwa w nim odpytywanie nas z patriotyzmu, widzimy się często w pozycji klęczącej, słychać „Bogurodzicę” i kolędy śpiewane jako protest-songi. To udane odbicie polskiej obyczajowości, które przywołuje z pamięci słynny film Koterskiego „Dzień świra”. Owacja po spektaklu (w lubelskim ośrodku TVP) oddaje jego wartość.

#Chybanieja – „gorący” temat!

Ten tytuł (na zasadzie #MeToo) zdaje się bezapelacyjnie królować w pamięci i sercach uczestników Konfrontacji. Lecz zacznijmy od końca.

Niemilknące oklaski w sali CK zwieńczyły fascynujące przedstawienie w reżyserii Pawła Passiniego (scenariusz Artur Pałyga). Za co? Bohaterką sztuki jest córka kardynała Marciala Degollado, która odsłania ponury sekret swego ojca. Ten meksykański kapłan ma na sumieniu setki, może nawet tysiące ofiar molestowania i zbrodni pedofilskich. Udowodniono, że przez lata działalności w Kościele ks. Degollado wykorzystał seksualnie ok. 30 chłopców i seminarzystów. Miał kilkoro dzieci z różnymi kobietami. O molestowanie oskarżył go również jego syn. Duchowny romansował z bogatymi katoliczkami przejmując kontrolę nad ich pieniędzmi. W 2005 roku Degollado został zmuszony przez Watykan do ustąpienia z funkcji. Zmarł 3 lata później na Florydzie mając 87 lat, lecz Kościół nigdy go nie potępił.

Czy Watykan, ówczesny papież-Polak, nie wiedział o takiej hańbie? – córka kardynała rzuca więcej pytań pod ich adresem. I pokazuje zdjęcie, jak Jan Paweł II przytula zwyrodnialca. Czuje się zdradzona przez Kościół Katolicki, dlatego w sztuce pojawia się figura Judasza jako odwieczny symbol zdrady. – Bo Judasz to „pierwszy żyd”, od którego poczęło się przekleństwo na całej populacji Izraelitów, trwające po dziś dzień. – Bo obecny świat jest wielkim tryumfem Judasza, nawet jeśli oddał forsę i się powiesił – dowodzi autor.

Dalej mamy spór arcybiskupa i szeregowego kapłana o zasady wiary, który kończy pointa hierarchy: – Ludzie są nędzni i nie potrzebują słabego Kościoła, pragną dostąpić jego majestatu, a nie słuchać o naszych błędach – twierdzi pełen pychy.

Następuje monolog księdza, który mówi jak mocno cierpi z powodu obecnego wizerunku Kościoła, jak bardzo dziś wstydzi się być kapłanem. De facto głosi rodzaj homilii pełnej zwątpienia, a posługujące opodal zakonnice komentują: gada jak „nie-ksiądz”. – To gremium nadętych ważniaków – to ma być Kościół? Czy ja należę do tej organizacji – zastanawia się kapłan.

Spektakl ujęty w wyrazistą formę scenografii i okraszony świetną muzyką, to koprodukcja Teatru Maska w Rzeszowie i lubelskiego CK. – Nasz spektakl, nim się wydarzył, miał być prewencyjnie zdjęty z afisza. Interwencja prezydenta miasta i ponoć telefon z tamtejszej kurii były skutkiem obrazy uczuć religijnych – wspomina Passini po spektaklu.

Tymczasem sztukę tę zamówił u nas festiwal „Nowe Epifanie”, organizowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II – dodaje reżyser.

– Mamy kolejną w Polsce absurdalną sytuację, gdy władza ingeruje w niezależną sztukę. Cenzorem w przypadku teatru jest przeważnie strach – komentuje prowadzący spotkanie Jacek Wakar.

Marek Rybołowicz

 

Udostępnij:
LinkedIn WhatsApp

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google News

Najnowsze Wydanie
2025-07-21 Nowy Tydzień tygodnik lokalny (Kopia) (Kopia) (Kopia) (Kopia)
5,00 Kup Gazetę

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.