Konfrontacje z bólem istnienia

Udostępnij:
LinkedIn WhatsApp

XXII Lubelskie Konfrontacje Teatralne dały okazję poznać najlepsze spektakle minionego sezonu z kraju i zagranicy. Dominowały tematy zaangażowane. Formę znów naznaczył eksperyment i performance. W ocenie zwykłego odbiorcy górę wzięła publicystyka, którą tu uprawiano środkami mniej lub bardziej teatralnymi


I tak grupa She She Pop swoim spektaklem „Oratorium” (w Galerii Labirynt) aranżowała debatę przedstawicieli dwóch narodów. Początkowo mamy tu obraz sąsiadujących plemion, które przed widownią robią bilans swych relacji – tych z ostatnich lat, już po przemianach ustrojowych. Przynosi to wyjawienie wielu skrytych tajemnic z ich życia. Długa lista pytań Polaków i Niemców – adresowanych nawzajem do siebie – porusza kwestie własności, sprawy socjalne, obyczajowe. Dominuje pytanie: – Co macie? Bo fakt posiadania zmienia mentalność. Nic tak bardzo nie różnicuje społeczeństw, nic tak bardzo nie wpływa na wspólne z kimś życie, jak obecność lub brak pieniędzy. Najpierw dowcipkowanie, a później odpowiedź obu narodów brzmi: Mamy mnóstwo długów! Spontaniczny dyskurs porusza wrażliwe wątki: np. reparacje za polskie straty wojenne, także miejsce w sercach ludzi dla uchodźców. Niemieccy artyści współtworzą ten spektakl z Polakami, angażują publiczność, co wzmaga katarztyczną funkcję tej sztuki.
Teatr publicystyczny rozliczający Europę za błędy humanitarne? Z tą hipotezą zgadza się Mieczysław Wojtas, lubelski reżyser teatralny: – Cóż, użyte środki wyrazu nie tworzą tu wielkiej sceny, ale wrażliwy problem społeczny jest ukazany bardzo trafnie i chwytliwie.
„Oratorium” stanowi jeden z etapów pracy She She Pop nad projektem, który ma charakter objazdowy po kilku krajach Europy. Premiera sztuki odbędzie się w 2018 roku w Berlinie.

Wyzwania dla cierpliwych

„Real Magic” – spektakl słynnej brytyjskiej grupy Forced Entertainment – oddaje absurd seansu czytania w myślach, komicznych powtórzeń, semantycznych ewolucji. Są to rozterki ludzi w sytuacji quizu czy teleturnieju.
Trójka performerów tworzy skecz tak naprawdę nie wiadomo o czym. Nieustannie przeplatają się w nim porażki, nadzieje, wyczekiwanie na sukces. Każdy w „Real Magic” bierze udział w poznawczej wycieczce w głąb samego siebie. Towarzyszy temu śmiech i zapętlone oklaski z głośnika. Ni to kabaret, ni cyrk. Pierwszy kwadrans, a nawet drugi kwadrans spektaklu jeszcze śmieszy, jednak ponad 1,5 godziny w tym klimacie po prostu męczy.
„Hymn do miłości” (Teatr Polski w Poznaniu) zakłada innego rodzaju cierpliwość – do popularnej dziś formuły teatru chóralnego. Duża grupa aktorów jako środek wyrazu stosuje „krzyczaną” recytację. Ich dynamika ma przekazać treść atakuje widza dosadnie. Lublin zna już tę manierę od lat. Autorka „Hymnu” Marta Górnicka wręcz specjalizuje się w tej formie: „Chór Kobiet” – 2010 r. o dramatach współczesnych kobiet; „Magnificat” – 2011 r. o ich roli niewiast w chrześcijaństwie.
„Hymn do Miłości” odegrało 24 aktorów i ich dyrygentka. Nie da się jednak powiedzieć, że poznański zespół wystąpił w Lublinie na deskach Teatru Osterwy – co prawda w jego sali, lecz przywiózłszy do Lublina… własne, świeże deski, które tutaj ułożono. Tego wymagało mocne, rezonujące tupanie – nieodłączny środek przekazu owego chóru. Czyżby lubelska scena mogła tego nie zdzierżyć?
A o czym jest „Hymn do miłości”? Tematyka zbliżona do spektaklu „Oratorium”, jednak nie ma tu rozmowy z widownią. Poprzez rozbiór logiczny pieśni rytualnych, ludowych, patriotycznych otrzymujemy diagnozę polskiej obyczajowości. Wnioski: takie hymny nawołują Polaków do jedności czy wspólnoty, lecz często na niebezpieczną modłę, gdy niosą treści antysemickie i ksenofobiczne. Słychać tu gorzki komentarz do polskich realiów i bilans narodowych fobii.

A tymczasem w piwnicy CK…

Niech żałuje, kto nie był na „Death of the Pole Dancer”&„Macho Dancer”. Ten performatywny spektakl przywiozła aż z Filipin jego autorka Eisa Jocson – choreografka i tancerka. W oglądzie rzeczywistości jest ona bardzo śmiała, wręcz brutalna.
Bałem się nawet kaszlnąć, gdy w kompletnej ciszy skąpo odziana, egzotyczna piękność z Manili rozkładała swój warsztat sceniczny – profesjonalną rurę… do tańca. Na tym zeszło 20 minut, lecz nie był to czas stracony dla męskich oczu. Wymyślne czyszczenie i konserwacja tejże rury, jej podnoszenie, kotwiczenie, próby techniczne i zderzeniowe obiektu. Artystka robi to wszystko w 15-centymetrowych szpilkach… Wreszcie przy dźwiękach piosenki „Summer Rose” obserwujemy jej taniec na rurze. Szkoda, bo dość krótki, zakończony symulowaną śmiercią tancerki… Czy to właśnie chciała nam zakomunikować?
20 minut na reorganizację sceny i na tzw. wybieg pojawia się zblazowana, zbuntowana małolatę w ostrym rytmie „Devil’s Dance” (Metallica). Podkute buty, kuse szorty, ruchy kota – po prostu taneczna kwintesencja hard-rocka. Przepojona erotyką choreografia towarzyszy też następnej piosence, już w filipińskim języku. Aktorka odsłania wówczas medalik z krzyżem na nagich piersiach. Niejasne gesty wyrażają jej niemy protest. Wobec…? Bo teraz taniec miesza kobiecą atrakcyjność i seksualność dorastającego mężczyzny…
Na finał tancerka wybrała utwór „Careless Whispers” George’a Michaela. Publiczność w piwnicy CK długo wiwatowałą.
Co próbowała zatańczyć dla nas kusicielska Azjatka? W sumie dała nie mniej refleksyjny i zaangażowany społecznie niż pozostałe spektakl tegorocznych Konfrontacji.
Eisa chce powiedzieć wszystkim o trudnej sytuacji dziejowej Filipin. Tym tańcem nagłaśnia wobec świata – przynajmniej teatralnego – pewien proceder. Ofiarą przemysłu rozrywkowego w jej kraju, tzw. sex-turystyki, pada jakże często nieletnia młodzież, nawet dzieci.

Scena zaangażowana bez reszty

Teatr Polski z Bydgoszczy dał niezwykle „obywatelski” spektakl „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” (tekst Jolanta Janiczak, reż. Wiktor Rubin). Bohaterką tej sztuki jest Théroigne de Méricourt – feministka walcząca o prawa kobiet-obywatelek na fali rewolucji francuskiej 1789  r. Jej odwagę i zaangażowanie ówczesna Francja lokuje, o dziwo, po stronie szaleństwa i fanatyzmu politycznego. Z taką etykietką Méricourt, a także 5 innych sufrażystek, początkowo widzimy jako postaci historyczne. Jednak dla Dantona i Robespierre – tutaj niezantagonizowanych – to istne dziwolągi narażające na szwank ideę rewolucji.
Początek sztuki nie sygnalizuje burzliwego końca. Dramaturgiczna pętla czasu sprawia, że bohaterki szybko zmieniają kostiumy i oto pasują do tego, co dzieje się w kraju nad Wisłą, podobnie jak ich męscy adwersarze.
Akcja ze sceny trafia na salę. Widzowie obserwują nowe kobiety, ich zunifikowany strój: szare spodnium. Jako dzisiejsze feministki miotają się tu w paroksyzmach buntu i walki. Czynią bilans swoich strat w kwestiach światopoglądowych i obyczajowych, każą kobietom liczyć ich rany i siniaki. Wykrzykują swoje żądania: nowego prawa! Nowej moralności, nowego Boga i papieża. Połowy stanowisk w państwie! Wywieszają swe hasła: „Stop deprawacji władzy!”, „Wolność wyboru, a nie rząd terroru!”, „SOS dla praw kobiet!”, „Politycy precz od naszej macicy!”. Tych transparentów mają setki, wiele z nich ustawiają na widowni. Nie tylko tu. Kamera z zewnątrz pokazuje jak wychodzą z nimi poza teatr, wywieszając na chodniku baner z hasłem protestu.

Spytajcie o to przechodniów

– tak prowokująco podpowiadają ich adwersarze-politycy. Deszczowa ulica 12 października póki co milczy… lecz teatr dalej wychodzi z ram, przenika do świata realnego. Aktorki angażują nakręconą już publiczność: zadają jej pytania, inicjują debatę. Zaskakujący jest finał, gdy znów ujawnia się duch Madame Méricourt, który głośno dramatyzuje: – Na waszych oczach w tym kraju zarzyna się kulturę, niszczy teatr i film, wprowadza cenzurę obyczajów, a wy nic? Sonia Roszczuk jest przekonująca w tych emocjach. Konsternacja. Widzowie kwitują to: oj, wyszła daleko poza rolę! Bo aktorka sugestywnie pobudza ich, by iść za nią na ulicę, zabrawszy gotowe transparenty… I nagle młodsza połowa sali udaje się na spontaniczną manifę przed budynek. Pozostali śledzą to na ekranie. Skojarzenia tego faktu z rewolucyjnym zrywem są w pełni uzasadnione. Protestujący widzowie wracają teraz w aurze oklasków, które na scenie odbiera cały zespół aktorów. Oni są już częścią tej sceny – spontanicznych przeobrażeń.
„Zapis” w Bydgoszczy na tę sztukę sprawia, że z kilkunastu zaangażowanych w nią aktorów większość odeszła do innych instytucji. Ci, którzy zostali, mają wrażenie fantomu swego teatru po zmianie linii repertuaru, na… bardziej relaksujący – jak wyraża się Mirosław Guzowski, grający śpiewaka w przedstawieniu.
– W większości występujemy poza rodzimą sceną, spektakl zdjęto nam z afisza w czerwcu br. po zmianie dyrektora – mówią spektaklowi Robespierre (Roland Nowak) i Danton (Marcin Zawodziński). Pozostałe prezentacje spektaklu odbywają się poza Bydgoszczą, na festiwalach, gdzie uchodzi za największy rarytas. Dlaczego? Sztuka dotyczy ponad połowy obywateli i ich problemów – równości płci i aborcji. Bezkompromisowo podejmuje kwestię walki kobiet o swoje prawa. To silny głos w kwestii toczącej się debaty politycznej o całkowitym zakazie przerywania ciąży.
– W tle mamy polską wojnę kulturową – zauważa Mieczysław Wojtas. – To teatr polityczny. Autorom udało się w pełni zatrzeć granicę między sceną a trudnymi realiami życia.

Taneczna instalacja nocy

Takiej urody przedstawienia Lublin jeszcze nie widział. „Natten” (Noc) Mĺrtena Spĺngberga to szczególny eksperyment w teatrze ostatnich lat. Blisko 7-godzinny spektakl wiódł uczestników przez noc pełną doznań całkiem nowych – pod warunkiem, że nie wpadli w objęcia Morfeusza, że potrafili czerpać z trudu 7 szwedzkich aktorów tego przedstawienia w Galerii Labirynt, 14 października.
Kilkudziesięciu widzów weszło w półmrok dużej sali, gdzie środek wyznaczał scenę. Na niej poruszali się już tancerze, niezwykle wolno, w rytm melancholijnej muzyki. „Stop-klatki” ich ruchu korespondowały z surową scenografią. Całość dawała postapokaliptyczne poczucie, od którego trudno się było uwolnić. Medytacyjno-transowa muzyka szybko wprowadzała nas w niespotykany stan ducha. Umysł, nie notując zbyt wielu zdarzeń, popadał w letarg, niekiedy w sen. Z opcji tej korzystała część osób, pochrapujących nawet przez kilka kwadransów. Tworzyło to naturalny klimat przedstawienia. W każdej chwili można też było opuścić tę przestrzeń. Kto musiał wyjść na jakiś czas czy właśnie usnął, niewiele tracił – akcja snuła się w wolnym tempie.
A propos, treścią spektaklu jest czas. A może bezczas? Obserwujemy trwanie człowieka – albo w somnambulicznym transie albo w bezruchu. Muzyka niesie aktorów raz do tańca, raz do medytacji, wzajemnie się to miesza. Percepcja czasu znika.
Człowiek w półśnie stwierdzał, że oto mija trzecia godzina spektaklu, a aktorzy ciągle wytrwale „miotają” ciałami jakąś tajemną partyturę, modulują przekaz światłem i ciemnością. Emma David – tancerka o ekspresyjnej charakteryzacji twarzy i ciała, nadawała dodatkowy klimat tej nocy: Twój sen może więc stać się koszmarem…
W piątej godzinie nastąpił przełom o tyle, że tancerze żwawiej wykonywali swoje improwizacje. Parokrotnie senny spokój przerywał mszalny dzwonek. Pulsujący rytm, odgłosy letniej burzy i deszczu, nadawały ich ruchami koordynację. W miejsce tanecznego bezładu zobaczyliśmy zadziwiająco zsynchronizowane układy taneczne. Warto było czekać na tę kulminację.
Dłuższą część spektaklu stanowiła piękna, mantryczna medytacja do słów: „Home, I’m making my way home…” Z tą pieśnią w głowie opuściłem „Natten” w siódmej godzinie gry.
Do końca wytrwali ponoć nieliczni i nie potrafili „zrecenzować” tej sztuki. – To może być formuła terapii w oparciu o teorię Freuda – uważa Andrzej Butrym, przedsiębiorca związany z teatrem amatorskim. – Ciekawe przeżycie, lecz nie może aż tyle trwać. Rano trzeba być w pracy.
Z okazji obchodów 700-lecia lokacji Lublina w programie nie zabrakło też sztuk teatralnych powstałych w naszym mieście bądź w jakimś stopniu dotykających jego tematyki. Leszek Mądzik, Janusz Opryński, Łukasz Witt-Michałowski, Paweł Passini czy Daniel Adamczyk zaprezentowali tu swoje słynne realizacje – zdecydowanie mniej eksperymentalne.
Marek Rybołowicz

Udostępnij:
LinkedIn WhatsApp

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google News

Najnowsze Wydanie
2025-07-21 Nowy Tydzień tygodnik lokalny (Kopia) (Kopia) (Kopia) (Kopia)
5,00 Kup Gazetę

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.