Nic tak nie skłania polityków do pochylania się nad trudnym losem różnych grup społecznych (zwłaszcza rolników!), jak zbliżająca się kampania wyborcza.
W ostatnim tygodniu z dobrodziejstwa (?) takiego politycznego zainteresowania skorzystali (?) najpierw rybacy śródlądowi, a następnie sadownicy. W ich obronie stanęli politycy PSL, wykorzystujący każdą okazję do wygrania z PiS rywalizacji o głosy wiejskiego elektoratu przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi.
Ryby głosu nie mają, radni aż nadto
Najpierw sprawdzoną już metodą pod obrady Sejmiku Wojewódzkiego radni koalicji PO-PSL skierowali apel potępiający rząd za to czy owo – w tym przypadku za „podjęcie przez ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej prób odebrania rybakom śródlądowym rekompensat wodno-środowiskowych”. Ponieważ Lubelszczyzna jest pierwszym kraju regionem produkcji karpia (2,4 tys. ton rocznie), a drugim pod względem powierzchni stawów hodowlanych (9.223 ha) – ludowcy zażądali „wstrzymania realokacji środków finansowych przeznaczonych na akwakulturę na rzecz rybołówstwa morskiego”, czyli mówiąc nieco prościej, utrzymania kwoty 92 mln euro z Programu Operacyjnego Rybactwo i Morze 2014-2020, przeznaczonych dotychczas na realizację rekompensat wodno-środowiskowych na stawach karpiowych.
– Przesunięcie wyżej wymienionych środków spowoduje zmniejszenie konkurencyjności polskich karpi na rynku europejskim, spadek rentowności ich produkcji oraz upadek wielu rodzinnych gospodarstw rybackich – wyliczał marszałek Sławomir Sosnowski.
– Po raz kolejny godzinę przed sesją PO i PSL „wrzuca” stanowisko i temat, do którego nikt nie ma szans się przygotować! Dopłaty dla rybołówstwa są ważnym tematem, ale znam milion ważniejszych dla mieszkańców regionu: drogi, sytuacja w służbie zdrowia, itd. O tym PO i PSL rozmawiać nie chce… Chce za to o rybach, choć głosu nie mają, ale zdaje się, że ich hodowcy tak! – odcinał się, jak zawsze złośliwie, radny PiS, Michał Mulawa.
Tymczasem resort gospodarki wodnej zapewnia, że cała ta burza to jak wrzucenie kamyczka do stawu z karpiami, bo problemu w istocie nie ma.
– Z doświadczeń perspektywy 2007-2013 wynika, iż pomoc finansowa oparta na systemie rekompensat zmniejsza rentowność gospodarstw akwakultury o blisko 20 proc.. Środki publiczne, zamiast zwiększyć przychody gospodarstw karpiowych, zwiększając jednocześnie ich zdolności inwestycyjne, spowodowały spadek cen karpia i zmniejszenie wydajności produkcji do poziomu ledwie rekompensującego koszty produkcji. Przesłanką decyzji o realokacji środków finansowych nigdy nie było i nie jest zahamowanie produkcji karpia – a wręcz przeciwnie – ze względu na olbrzymią wartość kulturową tego gatunku – wzrost jego produkcji i zapewnienie cen zbytu gwarantujących rzeczywistą rentowność gospodarstw – tłumaczy minister Marek Gróbarczyk.
Rarytaśne czereśnie
Skoro już karpie poczuły się lepiej, – trzeba się było wziąć za jabłka i czereśnie. – Przez opieszałość rządu i dzisiejszej większości parlamentarnej sadownicy oraz producenci owoców miękkich ponieśli gigantyczne straty. W czym problem? Niestety wyżej wymienieni nie mieli czasu na to, aby przygotować odpowiednie przepisy, dzięki którym nasi rolnicy mogliby się ubezpieczyć m.in. od skutków, jakie przyniosła dwukrotna fala przymrozków po świętach wielkanocnych. W niektórych przypadkach rolnicy ponieśli straty nawet do 100 proc.. Nie ma wątpliwości, kto odpowiada za taką sytuację i dramat wielu polskich rodzin. Żądamy natychmiastowego wypłacenia po 2000 zł do hektara w miejscach, w których rolnicy ponieśli straty oraz wystąpienie do Komisji Europejskiej o wsparcie pomocowe – zaatakował na zorganizowanej przez PSL konferencji prasowej lider ludowców w regionie, Krzysztof Hetman. Chodzić ma nie tylko o jabłka, ale także uprawy truskawek i malin, a także sady czereśniowe i gruszowe.
Oczywiście powody do narzekania mogą mieć też konsumenci. Na początku sezonu kilogram polskich truskawek kosztował ok. 20-25 zł, dużo droższe niż przed rokiem są też czereśnie. TAK

