Mszycy nie trzeba przedstawiać żadnemu ogrodnikowi czy sadownikowi. Czasem ma się wrażenie, że jest zawsze, wszędzie i na wszystkim. Szybko się namnaża, osłabia rośliny, może doprowadzić do zahamowania ich rozwoju i wzrostu, a w skrajnym przypadku nawet do ich śmierci. Gdy mszyca zjawi się u nas, a jest to tylko kwestią czasu, jest kilka strategii, jakie możemy obrać, aby się jej pozbyć.
Mszyca to mały pluskwiak, najczęściej w kolorze czarnym lub jasnozielonym, który żeruje na młodych tkankach pędów, kwiatostanów i liści, przebijając je i wysysając z nich życiodajne soki. Niektóre pojawiają się już na początku sezonu (u mnie najwcześniej są na jabłoni, a chwilę później na wiśni), a widocznymi objawami ich żerowania są poskręcane liście.
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jakim sposobem mszyca znajduje się nagle na czubku drzewa, to odpowiedź jest prosta – zanoszą ją tam mrówki. Zbierają one słodką wydzielinę mszyc, tzw. spadź, dlatego tak szybko uwijają się z roznoszeniem jej po rożnych częściach naszego ogrodu już od wczesnej wiosny. Jeśli zauważycie migrację mrówek po drzewie w tę i z powrotem, to znak, że coś jest na rzeczy i pora przechodzić do działania.
Jak pozbyć się mszycy z ogrodu?
Jeśli chcemy pozbyć się mszycy z ogrodu, to jest kilka strategii, jakie możemy obrać. Pierwszą z nich jest nie robić nic. To może wydawać się dziwne, ale trzeba pamiętać, że nawet mszyca jest naturalną i ważną częścią ekosystemu, jakim jest nasz ogród. Jest źródłem pożywienia dla wielu owadów, które uznajemy za pożyteczne, takich jak biedronki, złotooki i skorki, oraz ptaków, np. wróbli. Jeśli chcemy, aby te zwierzęta zamieszkały w naszym ogrodzie, to nie możemy odcinać ich od „stołówki”, jaką są dla nich kolonie mszyc.
Tej strategii nie polecam stosować na początku sezonu, bo mszyca pojawia się znacznie wcześniej niż zaczynają latać owady ją zjadające. Jest ona też nieodpowiednia dla osób, które wiedzą, że w ich ogrodzie nie mieszka zbyt wiele biedronek czy złotooków. Warto zrobić wszystko, aby się one u nas pojawiły i zostały na dłużej, ale to wymaga trochę czasu i starań z naszej strony. Gdy zadbamy o to, wtedy spokojne możemy czekać, aż nasi „predatorzy” rozprawią się z mszycą za nas.
Dalsza część materiału pod zdjęciem

Kolejną rzeczą, jaką możemy zrobić, to odstraszać, czyli siać i sadzić obok roślin atakowanych przez mszycę tych, których ona nie lubi. Wśród najczęściej wymienianych do tego celu są cebula, czosnek, lawenda, mięta i piołun. Mojej doświadczenia podpowiadają mi jednak, że, o ile cebula czy czosnek sadzony obok kopru skutecznie sprawi, że nie zobaczymy na nim żadnych czarnych „nalotów”, to te dwie ostatnie nie za bardzo się do tego nadają, bo u mnie mszyca spokojnie sobie na nich siedzi (zielona na mięcie i czarna na piołunie), więc o żadnym odstraszaniu nie ma tu mowy. Ale to wiąże się z trzecią strategią, o której chciałam powiedzieć, czyli ze zwabianiem.
Zwabianie mszycy nie jest specjalnie skomplikowane. Robi się to siejąc i sadząc tzw. rośliny „pułapki”, czyli takie, które mszyca lubi. Umieszcza się je obok roślin atakowanych i liczy się na to, że połakomi się ona na nie, zamiast na te, na których nam zależy. I tu bardzo dobrym przykładem jest nasturcja. Mszyce ją po prostu uwielbiają. Naprawdę warto sadzić ją między różnymi warzywami w naszych ogrodach, bo, obok przyciągania szkodników, ma wiele innych zalet – jest to piękny kwiat, o bardzo przyjemnym zapachu, a poza tym nasturcja jest jadalna (zarówno kwiaty, liście, jak i nasiona; mają dość pikantny, trochę rzodkiewkowy posmak).
Jednak i ta strategia ma swoje minusy. Gdy liczymy na to, że mszyca zadowoli się nasturcją i zostawi nasze uprawy w spokoju, to możemy się przeliczyć. Mnoży się ona w zastraszającym tempie i często dzieje się tak, że finalnie siedzi i na nasturcji, i na roślinie, którą chcieliśmy ochronić. Można też zawczasu taką roślinę usunąć, a mszycę zniszczyć, ale mi jest zawsze szkoda wyrywać takie piękne kwiaty.
Czwartą i zarazem ostatnią strategią, o jakiej chciałam powiedzieć, są opryski. I tu mamy naprawdę sporo opcji, zarówno na zakupienie ekologicznych preparatów w sklepach ogrodniczych, jak i na samodzielne ich wykonanie.
Jeśli ktoś zdecyduje się zrobić preparat na mszycę samodzielnie, to jednym z najlepszych i najskuteczniejszych jest oprysk gnojówką z pokrzywy. Trzeba ją rozcieńczyć z wodą w stosunku 1:20, dodać trochę mydła potasowego albo płynu do mycia naczyń i pryskać porażone miejsca. Dodatkowym plusem jest to, że jest to również sposób na dolistne dokarmienie rośliny (gnojówka z pokrzywy jest bogatym źródłem azotu). Oczywiście najpierw trzeba sobie taką gnojówkę zrobić, ale to jest bardzo proste, więc nawet nie będę tutaj o tym pisać.
Równie skuteczny jak gnojówka z pokrzywy jest wyciąg z czosnku (aby go przygotować, należy zalać 25 gram rozgniecionego czosnku litrem wody i zostawić na 24 godziny, a tuż przed użyciem rozcieńczyć 1:1 z wodą i dodać mydło potasowe), ale moim ulubionym sposobem, nie tylko na mszycę, ale też na wiele innych szkodników, jest oprysk na bazie olejów roślinnych. W tym celu zakupuję olej z miodli indyjskiej (tzw. neem) lub z lnianki (tzw. rydzowy; tańsza opcja) i jedną łyżkę takiego oleju plus jedną łyżkę mydła potasowego rozpuszczam w litrze wody, dokładnie mieszam i zużywam od razu. Uwierzcie mi, mszyca nie ma szans z taką miksturą.
Przy opryskach trzeba pamiętać, aby robić je w suche dni, najlepiej wcześnie rano albo późnym wieczorem. A w przypadku oprysku olejowego uważajmy, aby nie potraktować nim biedronki albo pszczoły, bo w przeciwnym razie czeka ją taki sam los, jaki szykujemy mszycy.
Z powyższego zestawu wyraźnie widać, że walka z mszycą nie jest ani trudna, ani pracochłonna. Z tych czterech strategii najskuteczniejsza jest niewątpliwie wersja z opryskiem, ale warto się zastanowić, czy nie lepsze dla naszego ogrodu byłoby jej nieco zostawić i dać sobie szansę na zwabienie do nas biedronek czy złotooków.
Gardeninka

