Charyzmatyczna osobowość, urzekający głos, a przede wszystkim przesympatyczny człowiek – tak w kilku słowach można opisać chełmianina Mirka Majewskiego. Wielu kojarzy go jako dziennikarza radiowego, ale przede wszystkim jest aktorem teatralnym, choć coraz częściej można zobaczyć go też na ekranie. Także tym małym.
Teatr, Radio, Film
Zaczęło się od młodzieńczych marzeń i pierwszych wyborów. Jeszcze jako uczeń Liceum Zawodowego (przy obecnym Zespole Szkół Technicznych) uczestniczył w zajęciach teatralnych prowadzonych przez legendarnego Czesława Dopieralskiego. Po maturze złożył „papiery” do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, ale ostatecznie zrezygnował z egzaminów wstępnych. Jak wspomina, nie czuł, że jest przygotowany, aby zdawać. Rok później znalazł zatrudnienie w państwowej instytucji artystycznej „Estrada Lubelska” i debiutował w spektaklu, który był grany niemal w całej Polsce. Marzeń o dyplomie aktora jednak nie porzucił, choć droga do jego uzyskania okazała się nieco dłuższa niż początkowo zakładał.
– W tamtych czasach, oprócz studiów, były także tzw. egzaminy eksternistyczne dla artystów, ale by móc do nich podejść, trzeba było mieć pewien zawodowy dorobek. Pomyślałem, że przez 3 lata popracuję i zdam egzamin. Kiedy już mogłem do niego podejść, nastąpiła transformacja ustrojowa, a egzamin, na który czekałem, nie doszedł do skutku. Wcześniej egzaminy były organizowane przez ministerstwo kultury, później kompetencję ich przeprowadzania przejął Związek Artystów Scen Polskich, ale przez jakiś czas egzaminy nie odbywały się wcale. Grałem do 1995 roku, patrząc nieco tęsknym wzrokiem w kierunku dziennikarstwa. W 1997 r. trafiłem do mediów, do Radia Lublin, w którym spędziłem kolejne kilkanaście lat. Ta przygoda z radiem trwa dalej, ale trochę w innym kontekście. W 2011 roku, kiedy zrezygnowałem z pracy reporterskiej, ZASP ogłosił egzamin, do którego podszedłem i zdałem – opowiada Mirek Majewski.
W swoim zawodowym dorobku ma ponad 30 ról teatralnych. Z największym sentymentem wspomina graną przez pięć lat (na deskach Teatru Kameralnego w Lublinie oraz gościnnie na scenie warszawskiego Teatru Buffo) rolę Papkina w „Zemście” oraz rolę Bena, sympatycznego staruszka w „Tajemniczym ogrodzie” (graną również na scenie „Kameralnego”). Szczególnie ceni też pracę przy słuchowiskach. Ma na swoim koncie już około stu takich ról, głównie pierwszoplanowych.
– Praca przy słuchowiskach sprawia mi dużą radość i tak samo jest ze sceną. Publiczność bywa różna, różne bywają reakcje, najbardziej widać to w spektaklach dziecięcych, bo dzieci są szczere i odważne, jasno artykułują co im się podoba, ale uważam, że jeżeli choć jeden widz wyjdzie ze spektaklu zbudowany tym, co zobaczył, to warto było sobie „wypruć flaki” – mówi.
Ostatnio Mirka Majewskiego można było zobaczyć w emitowanym na antenie TV Puls 2 serialu „Lombard. Życie pod zastaw”. Produkcja ma wierne grono telewidzów, doczekała się kilkunastu sezonów, a w 2021 r. została nagrodzona Telekamerą. Mirka można zobaczyć w 714. odcinku, gdzie wciela się w postać Wacława Dudka, 55-letniego wdowca, który utrzymuje siebie i siostrę z handlu drewnem i… produkcji bimbru. Z jakim problemem przyszło zmierzyć się tej postaci, nie zdradzamy. Zachęcamy do obejrzenia odcinka.
– Pracę na planie „Lombardu” wspominam bardzo dobrze – opowiada M. Majewski. – Przesympatyczna ekipa. Zdjęcia z moim udziałem trwały dwa dni. Kręciliśmy we Wrocławiu. Początek był dość ciężki, bo scenariusz dostaliśmy po południu w przeddzień nagrań. Mówiliśmy reżyserowi, Piotrowi Kolskiemu, że będziemy trochę „szyć”, powiedział, że on też. Później było już trochę łatwiej, bo przed kolejnymi nagraniami miałem dwa dni, aby nauczyć się tekstu. Praca na planie zdjęciowym to dla mnie wciąż coś nowego, bo to teatr zawsze był na pierwszym miejscu.
Do „Lombardu” M. Majewski trafił przez jedną z agencji aktorskich. Obecnie współpracuje z trzema takimi podmiotami, a do rozpoczęcia tej współpracy namówił go przyjaciel, śp. Przemek Gąsiorowicz, również aktor.
– Mój debiut filmowy to też w pewnym sensie jego sprawka – wspomina M. Majewski. – Był to film edukacyjny na potrzeby muzeum w Kocku. Grałem rabina z Kocka, który postanowił wieść samotnicze życie, skupić się na modlitwie i studiowaniu ksiąg. Zamysł filmu polegał na tym, że widz ogląda rabina przez dziurkę od klucza. Naliczyliśmy wtedy chyba 30 dubli… 30 razy trzeba było powtarzać to samo ujęcie. To był chyba najcięższy dzień pracy… Myślę, że nie do końca znałem jeszcze specyfikę pracy przed kamerą. Później taka ilość dubli już mi się nie zdarzyła. Na potrzeby tego nagrania musiałem też zaśpiewać w języku hebrajskim pieśń, która rozpoczyna szabat. Było to spore wyzwanie. Miałem konsultantkę od języka hebrajskiego i tejże kultury, ale i tak obawiałem się, jak to wyjdzie. Po jednej z prób powiedziała, że jakbym przyszedł do synagogi w Warszawie i tak zaśpiewał, wszyscy pomyśleliby, że jestem Żydem. To było przyjemne.
Od jakiegoś czasu aktor jest także w stałej obsadzie serialu „48h. Zaginieni”, emitowanego w Nowa TV. Gra tu pana Tadzia, dobrego znajomego jednego z policjantów. Zapytany o to, których aktorów on sam najbardziej podziwia, wskazuje Henryka Talara, Jerzego Trelę, Janusza Gajosa i Andrzeja Seweryna. Z tym ostatnim miał okazję zagrać w kanadyjsko-polskiej produkcji „Przysięga Ireny”, opowiadającej o Irenie Gut, pielęgniarce ratującej Żydów w czasie II wojny światowej.
– Ten film miał premierę w tym roku. Można go było zobaczyć na kilku festiwalach. Dla mnie był to dzień pracy, trzecioplanowa rola, chwila na ekranie, ale satysfakcja niesamowita. Czas wolny na planie jest często czasem spotkań, rozmów. Okazuje się wtedy, jaki świat jest mały, a spotkani aktorzy, to koledzy kolegów itd. – opowiada.
W tej chwili M. Majewski pracuje nad kilkoma projektami, w tym m.in. spektaklem, który jest połączeniem teatru lalek i żywego planu. Do tej formy sztuki ma szczególny sentyment, bo przypomina mu czasy debiutu.
Praca aktora to często kursowanie pomiędzy domem, teatrem i planami zdjęciowymi. Mirkowi Majewskiemu życie w rozjazdach nie przeszkadza.
– Kiedy debiutowałem, jeździliśmy ze spektaklami po całej Polsce. Bywało, że wyjeżdżałem na 2-3 tygodnie. Teraz pewnie bym się na to już nie zdecydował, ale takie wyjazdy co parę dni na parę dni są do przyjęcia. Kiedy jedzie się samochodem, podróż bywa męcząca; przyjemniej jest pociągiem, bo czas przejazdu można wykorzystać np. na uczenie się tekstu – zauważa.
Nauczyciel
Swoją wiedzą i doświadczeniem scenicznym Mirek Majewski dzieli się z uczestnikami Studia Teatru Wyobraźni w Młodzieżowym Domu Kultury w Chełmie. W tej pracy dostrzega pewną misję. Jak mówi, jako pedagog teatru stara się rozbudzać i rozwijać wśród młodzieży zainteresowanie tą dziedziną sztuki, ale także wyposażyć swoich uczniów w umiejętności, które pomogą im w kolejnych latach nauki czy życiu zawodowym.
– Odbyłem studia trzeciego stopnia, a tematem mojego jeszcze nienapisanego doktoratu jest semiotyka sceny obrzędowej, więc rzecz związana i z tradycją, i z kulturą, i z teatrem, dlatego przy okazji tych zajęć staram się „przemycać” treści kulturoznawcze i etnograficzne, które są pewnym uzupełnieniem wiedzy z języka polskiego. Na zajęciach oprócz poznawania kulisów gry aktorskiej młodzież pracuje nad pewnością siebie, uczy się poprawnego mówienia – rozwija wszystkie tzw. kompetencje komunikacyjne, zwłaszcza umiejętności związane z wystąpieniami publicznymi, ale też rozwijają wrażliwość, bo bez wrażliwości nie ma roli na scenie, przed kamerą czy mikrofonem – zauważa.
Misja Karoli
Pośród pracy zawodowej i codziennych obowiązków Mirek Majewski znajduje czas na działalność charytatywną. Jak mówi, to rodzinne pomaganie, zapoczątkowane przez jego bratanicę Karolinę Majewską, która choć sama zmagała się z ciężką chorobą, to właśnie w niesieniu pomocy innym odnajdywała radość. Dziś jej najbliżsi kontynuują tę misję, organizując akcje na rzecz dziecięcych oddziałów szpitalnych. Zbierają m.in. środki na sprzęt poprawiający komfort dzieci i ich rodziców, odwiedzają małych pacjentów, przygotowują między innymi mikołajkowe paczki. A wszystko to pod szyldem Stowarzyszenia „Życie z chorobą nie musi być smutne” im. Karoli Majewskiej.
– Karolina odeszła sześć lat temu – wspomina M. Majewski. Brat z bratową wpadli na pomysł, by pod patronatem Karoliny robić coś dla dzieci. Karola już od czasów przedszkolnych, jeszcze zanim się okazało, że jest chora i nie jest to lekka choroba, ale także później, nigdy nie odpuszczała żadnej akcji charytatywnej. Kontynuujemy to, co dawało jej radość. (w)

